niedziela, 21 maja 2017

Rozdział III

Jak każdego dnia, byłam na rehabilitacjach. Długich masażach, prądach i okładach. To wszystko sprawiało, że czułam się bardziej przytłoczona. Czułam się taka bezbronna. Taka mała i w dodatku słaba. Powiedziałabym, że jestem jeszcze nieopierzonym kurczakiem. Żółtym, małym, słodziutkim kurczakiem. To nie pocieszająca myśl dla mnie. Nie lubię takiego stanu. Czuję się wtedy jak nikt ważny.
Takiego dnia mam setki rozważań nad sobą, nad tym co mnie otacza i nad śmiercią.
Czy boję się śmierci? Codziennie umiera wiele tysięcy ludzi. Śmierć jest czymś naturalnym i nieuniknionym. Każdy jej kiedyś dozna. Ona nie jest czymś czego powinniśmy się bać. Według Biblii jest przejściem do życia wiecznego w spokoju, harmonii, szczęściu i miłości. Tam podobno jest lepiej. Nie ma trosk, nie ma wojen. Tylko Boska łaska i aniołki z harfami na chmurkach.
Nasze ludzkie życie na Ziemi jest tylko chwilą, w porównaniu z wiecznością. Skoro tam mamy żyć wiecznie w dobrobycie, to dlaczego się jej boimy? Może dlatego, że kojarzy się z mrokiem, czarną otchłanią, a może dlatego, że nie wiemy co nas czeka na tamtej stronie. Nie wiemy, czy tam jest na prawdę dobrze. Nie wiemy nic o zaświatach, o niebie, o raju jakiego mamy doznać.  Dlaczego mamy się jej bać? Powinniśmy żyć pełnią życia, a nie zamartwiać się tym, co będzie kiedy umrzemy. Bądźmy optymistycznie nastawieni do świata, a przestaniemy się jej obawiać. Śmiem stwierdzić, że się jej nie boję. Chociaż rożnie z ty bywa. Nie umiem się zabić. 
Tłumaczę sobie ją jako "początek nowego życie", gdzie będę mogła być kimś innym, może lepszym, a może kimś gorszym. Dusza jest nieśmiertelna, umrę tylko ciałem. Będę egzystować, ale nie w formie materialnej - to również jakieś życie, prawda? Nowe życie, otwiera nowe możliwości. Jest tam dobrze, tylko samo umieranie może być męczące. Nikt nie wie jak będzie wyglądało nasze morte. Nie wiem czy będziemy żyć do stu lat, czy umrzemy młodo. Może w męczarniach, może w wypadku, a może zaśniemy i już się nie obudzimy wśród ludzi. Nie wiemy tego. Tu nasuwa się pytanie, czy to mnie przeraża? Samo umieranie jest przerażające. Nawet ja muszę to przyznać. Trwoży mnie myśl, że będę umierać długo, powoli i w katuszach. Jeśli to ma być cena za życie w szczęściu to warto ją zapłacić. Skoro mamy nie czuć bólu, strachu, żyć beztrosko oddajmy się jej. Przecież ostatni dzień zapamiętamy najlepiej. Powinniśmy ryzykować. Fakt, że możemy przegrać, ale ten, kto nie ryzykuje - przegrywa zawsze. Zaryzykujmy chociaż jeden dzień, aby poczuć się beztrosko. Może zdołamy sobie wyobrazić, jak może być w raju. Czy jesteśmy gotowi to zrobić? Odpowiedź jest prosta - nie. Nie jesteśmy w stanie poczuć się wolnymi i na prawdę szczęśliwymi ludźmi, bo jesteśmy uwikłani w dogmacie ludzkich trosk. Martwimy się o rodzinę, o pracę, o naszą przyszłość. Śmierć to również wybawienie. Ona jest w stanie przenieść nas do tego raju. Miejsca do którego dążymy. Jest takim portalem, między światem ludzkim, a duchowym. Przenosi tysiące, a nawet miliony ludzi do lepszego miejsca. Wszyscy trafiają do nieba, bo piekłem możemy nazwać życie doczesne. To tutaj męczą nas utrapienia. To tutaj doświadczamy tragedii i cierpień. Niestety, nie każdy tak uważa, nie każdy jest nastawiony optymistycznie do śmierci i dlatego się jej boimy. Przecież odwagą jest się jej nie bać, a szaleństwem skończyć na własne żądanie. 
Pamiętam, kiedy musiałam wybierać między Chesterem a Mike'm, kiedy stałam przy nim i wiedziałam, że zaraz strzeli. Wtedy czułam strach. Gdyby jednak śmierć przyszła niespodziewanie, na pożegnanie pokazałabym jej środkowy palec. 
Moje gdybanie mnie wprowadza w depresje. Za dużo myślę. Muszę iść spać. 
Po skończonej rehabilitacji i znikomym posiłku, położyłam się wygonie w sypialni. Łyknęłam trzy tabletki nasenne i czekałam na namiastkę śmierci. Właśnie tym jest dla mnie sen. Namiastką czegoś nieznanego. 
Tak będzie dobrze. Muszę odpocząć. Powieki zaczęły być ciężkie. Same się zamykały. Zdążyłam jeszcze usłyszeć bieg po schodach i odpłynęłam w nicość. 
Wstałam wraz ze Słońcem.
Obok mnie spał Mike wtulony w moją pierś. Wyglądał tak słodko. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło. Jak zwykle spał bez koszulki i mogłam podziwiać jego umięśnione ciało. Nie było w nim nic sztucznego. Zdrowa dieta, dobry tryb życia. Częste pływanie w basenie i poranne bieganie trzy razy w tygodniu. 
Nie był przesadnie umięśniony. Po prostu był idealny. Taki męski i delikatny. Błogi uśmiech pojawił się w kąciku ust. Zaczyna się budzić. Zawsze tak robi. Lubię na niego patrzeć jak śpi. Wtedy otaczam go swoją ochroną. Nikomu nie pozwalam tego stanu zepsuć. Kiedy on zaśnie przede mną, wyłączam jego telefon, aby Chez nie mógł go obudzić w środku nocy. Chociaż ostatnio oddalili się od siebie. Już nie spędzają ze sobą tyle czasu. Mike ciągle jest przy mnie. Sprawuje nade mną piecze, a ja zastanawiam się kiedy stanę na nogi i będę mogła wyjechać. Jestem okropna. 
Wyswobodziłam się z jego objęć i z pomocą kul ruszyłam do łazienki aby wziąć prysznic. Po porannej toalecie, ubrana w wygodne ubrania, zeszłam do kuchni. Bardzo się zmęczyłam, więc przysiadłam na krześle. Nastawiłam wodę na kawę. Poczęstowałam się kilkoma jagodami goji i czekałam, aż mój mężczyzna do mnie dołączy. 
Nie musiałam długo go wyglądać. Po piętnastu minutach szliśmy w milczeniu na werandę. Zawsze w ten sposób spędzaliśmy niedzielne poranki.
Pierwszy raz od kilku mrocznych dni, na horyzoncie pojawiła się nadzieja. Nadzieja, że wreszcie będę stąpać tak cicho jak kiedyś. 
- Lee, co byś powiedziała aby z nami zamieszkał jakiś mały słodki brzdąc?
Filiżanka z kawą wyleciała mi z dłoni.  Głucho upadła na deski werandy. Sparaliżowało mnie na dłuższą chwilę.
- Mówisz poważnie? - Niepewnie spojrzałam na niego. Zeszłam z wiklinowego fotela i zaczęłam zbierać potłuczone szkło. 
- No tak. Lee, starzeje się. Wszyscy się chcą ustatkować, a ja nie mam potomka. Muszę zasadzić drzewo, wybudować dom. A nawet nie mam dziecka. Mam już 33 lata. Niedługo stuknie mi czterdziestka. 
Mówił to z takim zaangażowaniem. Co mu miałam powiedzieć? Nie chciałam go wyprowadzać z tego stanu. Coś muszę wymyślić. Coś na już. Później zabrnę w inne kłamstwa. 
- Jak to sobie wyobrażasz? Jestem prawie kaleką. Sama potrzebuję opieki, a co dopiero jak będę miała dziecko. Przecież sobie nie poradzę.
W zasadzie nie skłamałam. To była prawda. Przecież nie dam sobie rady.
- Nie jestem jeszcze gotowa na dziecko. - Szepnęłam. Walczyłam ze łzami. Z całych sił przygryzałam wargę. Nie rozbecz się teraz Lee. Nie teraz. Zrobisz to w zaciszu pokoju.
- Rozumiem. Nie musimy się z tym spieszyć. Po prostu chciałbym, abyś to rozważyła w najbliższej przyszłości.
Ten jego uśmiech. Te oczy pełne nadziei. Ten cholerny dołeczek w policzku. Kurwa, jak ja go kocham. Nie wiem co będzie gorsze. Zniszczyć jego plany, czy zniszczyć siebie. 
Muszę to przemyśleć. Potrzebuję czasu. 
Resztkami sił podniosłam się z klęczek i podpierając się na kuli, ruszyłam powoli w głąb domu. Robiłam to wręcz ślamazarnie i niezdarnie. W ten sposób chciałam podkreślić swoją niedołężność. Pokazać, że nie dam rady się zaopiekować dzieckiem. A jednocześnie dać mu nikłą nadzieję, że kiedyś dam mu dziecko.
Zmęczona kilkoma krokami usiadłam na skórzanej kanapie. 
Po dobrym humorze nie było nawet śladu.
Coś muszę wymyślać. Muszę.
Chciało mi się wyć. Nie wiem czy z gniewy czy z bezradności. Chciałam wykrzyczeć cały swój ból. Wszystkie płonne nadzieje, które gdzieś tam skrzętnie ukrywały się w najmroczniejszych zakamarkach mojej podświadomości.
Co zrobię jeśli będzie nalegał na to dziecko? Co jeśli mi się oświadczy? Co jeśli prawda wyjdzie na jaw? Czy mnie zaakceptuje? Czy odrzuci? Co się do cholery stanie?
Łzy cisnęły się do oczu. Nie chciałam pokazać słabości, tym bardziej, że on był tuż za ścianą. W każdej chwili mógł przyjść. 
Może powinnam udawać zaangażowanie? Przecież nie od razu muszę zajść w ciążę. Przecież nie zawsze się udaje.
Ale jak długo będę mogła skrywać tę tajemnicę? Kiedyś zrozumie, że kłamię. To chyba byłby nasz koniec. 
Nigdy się nie chciałam przyznać, ale kocham go. Może nie tak mocno jak Alexa, ale go kocham. 
Nie wiem co mam zrobić. To zbyt trudne.
- Mike? Idę do siebie. Jestem zmęczona. - Powiedziałam i zaczęłam podnosić się z kanapy. Nie musiałam długo czekać na jego reakcję. Po chwili zjawił się u mojego boku. 
Te jego oczy przepełnione miłością i obawą. Musiałam podsycić te płonne nadzieje.
- Zaniosę cię. - Pocałował czubek mojego nosa. A mi od razu zrobiło się lepiej na serduszku.
- Kocham cię, Mike. 
Teraz on zdębiał. Nie odpowiedział nic. Jedynie patrzył w moje oczy tym szczęśliwym spojrzeniem, które zawsze było podarowane dla mnie. To było moje pierwsze, szczere wyznanie. Pierwszy raz odważyłam się to szczerze powiedzieć na głos. 
- Och, mała. - Wziął mnie w objęcia i zaczął kręcić się w kółko. Był taki szczęśliwy. Taki inny. Dla tego widoku, mogłam kłamać cały czas. 

sobota, 20 maja 2017

Rozdział II

- Lee? Mała, ile można spać? - Mglisty głos krążył gdzieś w przestrzeni. Nie mogłam otworzyć oczu. Powieki miałam tak cholernie ciężkie. Odpoczęłam.
- Skarbie, wstawaj. - Cichy głos przy moim uchu i buziak w policzek. Lubię być tak budzona, ale niekoniecznie w tej chwili. Potrzebuję jeszcze snu. Nie chcę wstawać jeszcze.
- Jesteś leniuchem. A zrobiłem śniadanie. Pyszne naleśniki.
Zaczęłam się budzić. Mozolny uśmiech zagościł na moich ustach.
- Dzień dobry. - Szepnęłam cicho.
- Bardzo sługo spałaś. - Skwitował z uśmiechem.
- Potrzebowałam się wyspać.
- Wczoraj długo płakałaś. Dłużej niż zwykle. Coś się stało? - Czy on się o mnie martwi? Tak. On zawsze się o mnie martwi. On mnie kocha.
- Zdaje ci się. To gdzie moje naleśniki?
- Łakomczuch. Ale to dobrze. Wczoraj nic nie jadłaś. Nie możesz się głodzić. Wisz co powiedział lekarz. Musisz przytyć, bo na razie to przypominasz wieszak. Co prawda zgrabny wieszak, ale wcześniej mi się bardziej podobałaś.
- Dobrze. Zjem śniadanie. Chcę najpierw wziąć kąpiel.
- Okej. Mam zawołać Sarę?
- Nie. Poradzę sobie sama. A jeśli nie, to ty mi pomożesz. Ona niech idzie do domu.
Mocno przyciągnęłam go do siebie i intensywnie pocałowałam. Był zszokowany, ale po chwili wrócił do siebie.
- Skoro tak chcesz się bawić. Zaraz wracam. - Ostatni raz mnie pocałował i szybko zszedł na dół.
Musiałam się zmobilizować i podnieść z łóżka. Widziałam swój cel - łazienka. Zsunęłam nogi z wygodnego posłania, a następnie próbowałam się podnieść. Pierwszy raz. Nogi trzęsły mi się jak galaretki. Usiadłam. Drugie podejście. Stanęłam pewnie.  Krok pierwszy. Idzie. Krok drugi. Chwieję się. Upadnę? Jednak nie. Próbuje dalej.
Cholera, ruszam się wolniej niż ślimak. Zanim doczłapię się do łazienki minął wieki. I jeszcze to mnie tak cholernie męczy. Cholerne życie z cholernymi problemami.
Do pokonania zostało mi jeszcze dwanaście kroków. Tylko dwanaście. A ja już nie mam siły. Nie mogę się poddać.
Puls mi przyspieszył, krew szybciej płynęła w żyłach. Zmęczyłam się. Jeszcze kroczek. Ostatni kroczek.
Sięgnęłam drzwi łazienki. Opierałam się bokiem o ścianę, bo nie dałabym rady w inny sposób. Nienawidzę siebie jako słabej jednostki. Nie mogę znieść myśli, że prawdopodobnie nigdy nie odzyskam pełnej władzy w kończynach. To mi nigdy nie było pisane. Powinnam być silna. Walczyć. A jak na razie zmagam się z pokonaniem pięciu metrów. Ta słabość mnie dobija.
Codziennie budzę się i zasypiam z myślą o świetlanej przeszłości. Codziennie walczę ze sobą. Nie chcę się poddawać, ale mi nie idzie. Nie umiem już się starać o lepsze jutro.
Zebrałam się w sobie i weszłam do łazienki. Jeszcze chwila i usiądę. Dwa kroki. Te cholerne dwa kroki! Serce biło bardzo szybko. Głupi mięsień, który myśli, że może wszystko. Serce nic nie znaczy. To tylko organ, który i tak już nie jest mój.
- Miła pani bardzo dużo szczęścia. Kula ominęła serce, ale uszkodziła żyłę główną. Wstawiliśmy zastawkę, ale pani organizm nie przyjął jej. Przeszła pani kolejne dwie próby. Ostatnia zakończyła się sukcesem. To cud. Ma pani wyjątkowe względy u Boga. Jednak chwilowe niedotlenienia mózgu i uszkodzony nerw może nie pozwolić pani poruszać się. Oczywiście będziemy panią rehabilitować. Jednak musi się pani przygotować na najgorsze. 
Pamiętam, że w tym momencie świat mi się zawalił. Będę niepełnosprawna? Przecież ja nie mogę siedzieć na wózku. Ja muszę ścigać się, odnaleźć Alexa. Mam jeszcze tyle do zrobienia. Przecież każdy dzień to dla mnie nowe wyzwanie.
Boli mnie myśl, że nie będę mogła sama funkcjonować. Boli, że jestem uzależniona od kogoś. Jestem tak bardzo zniewolona.
- Lee?
- W łazience. - Odpowiedziałam. Puls wracał do normy. Serce kołatało już wolniej. Nadal czułam się, jakbym zrobiła maraton. A ja przeszłam zaledwie pięć metrów. Cholernie długie pięć metrów.
- Mała, zaczynasz śmigać. - Mike powiedział z takim słodkim uśmiechem. Każdy jego uśmiech jest słodki, nawet jeśli na mnie wrzeszczy.
- Zaczynam. Bardzo mnie to zmęczyło. Mógłbyś mi pomóc? - Podałam mu dłoń, aby pomógł mi wstać. Czułam wielką kompromitację i upokorzenie. Nigdy nie musiałam prosić o pomoc, a teraz? A teraz robię to ciągle.
- Jasne. - Pomógł mi wstać, a następnie posadził na marmurowym blacie. Lubił mnie nosić. W każdym razie w ostatnim czasie. - Mogę cię również rozebrać.
- Nie mam nic przeciwko, ale pod jednym warunkiem. - Zrobił tę swoją minę z cyklu "czego możesz chcieć?" - Ty też się pozbędziesz swoich.
Roześmiał się. Dawno nie słyszałam jego szczerego śmiechu. Był taki dźwięczny.
Rozpinaliśmy swoje ubrania na zmianę. Moje myśli zaczęły dryfować wokół przyjemnego spożytkowania czasu. Nawet mały sparing był jak najbardziej na tak.
- Sara poszła?
- Yhm.
- Czyli możemy być głośno?
- Yhm. - Odpowiadał z ustami przy mojej szyi. Wie, jak ta pieszczota mnie pobudza. Bardzo to lubię.
Po miłym, upojnym poranku postanowiliśmy spędzić ten dzień leniwie na kanapie. Przynajmniej on mógł sobie odpocząć. Każdego dnia siedzi do późna w studio i nagrywa nowe kawałki. Podziwiam go. Nie tylko jest utalentowany, ale również czuły i przystojny. Ma takie wesołe oczy, regularne rysy i czarne, gęste włosy, które są takie miłe w dotyku. Lubię się nimi bawić.
- Jaka ty jesteś chuda, Lee. - Szepnął do mojego ucha, kiedy objął mnie w talii.
- Wypraszam sobie. Jestem szczupła! Mam prawidłową wagę.
- Kogo ty chcesz oszukać? W ostatnim czasie stałaś się samymi kościami. Chyba Sara się tobą źle opiekuje. - Zrobił tę swoją złowieszczą minę z chęcią przestraszenia mnie. Niestety to tak nie działa. Nie można mnie przestraszyć.
- To nie jej wina. Po prostu nie lubię ostatnio jeść. Źle się czuję.
Spuściłam głowę. Nie lubię okazywać słabości, a ostatnio ciągle to robię. Zaczyna mnie to dołować. No bo jak można być tak beznadziejnym w swojej egzystencji. Widocznie można.
- Mała, nie smuć się. Coś na to poradzimy. - Ujął mój podbródek i wpatrywał się w moje oczy. Zakochałam się w nim. Nie wiem, czy to prawdziwa miłość, czy tylko mara. Po prostu zaczyna mi zależeć. Jemu chyba również. Może to dobrze. Może wreszcie wrócę do normalnego życia.
- A teraz chciałbyś mi opowiedzieć jaką historię ze swojej przeszłości? Taką tajemniczą i pełną emocji?
Postanowiłam zmienić temat. Nie chciałam bardziej się pogrążać i wywoływać u niego fali współczucia. Nie potrzebuję go. Po prostu potrzeba czasu i wrócę do formy. Nie wiem jak długo to potrwa. Mam nadzieję, że nie do końca życia. Chociaż lekarze stawiają, że przy dobrych wiatrach w połowie czerwca stanę na nogi i będę śmigać. Lekarze dużo prognozują, a ile w tym prawdy? Nie mnie oceniać. Jak kiedyś powiedział 2Pac - "Tylko Bóg może mnie osądzać" - tylko, że ja nie wierzę. Źle to ujęłam. Jestem monoteistą i wierzę tylko w siebie. Dla mnie bóstwa wyginęły już dawno.
- Co byś chciała usłyszeć? -  Podjął temat. To dobrze. Chociaż myślę, że zrobił to tylko dlatego, żeby się nie zacząć ze mną kłócić.
- Zaskocz mnie.
Posłałam mu figlarny uśmiech i dałam pstryczka w nos.
- Kilka dobrych lat temu jako kadet do jednostki specjalnej dostałem pierwsze w życiu zlecenie. Miałem wraz z Rodrigezem rozpracować mały gang narkotykowy. Byłem cholernie napalony na tę sprawę i nie chciałem, aby Rodrigez zebrał laury. Siedziałem nad tym dnie i noce. Zaniedbywałem wszystko i wszystkich. Miałem wrażenie, że jeśli się dobrze spiszę dostanę awans. Skończą się jakieś gówniane sprawy, a zacznie się coś poważnego.
Uśmiechnął się do mnie. Doskonale wiedziałam, co czuł. Na początku też dostawałam jakieś nikłe zlecenia, dopiero później wraz ze stopniem wtajemniczenia, dostawałam więcej i więcej.
- Znalazłem wszystko, co powinienem wiedzieć. Kiedy miałem już jasno określony plan działania przystąpiłem do pracy. Zacząłem śledzić jednego z gangu. Żaden problem, aby odkryć ich kryjówkę. Kiedy byłem pewny, że dam sobie radę, wkroczyłem do akcji. Nie zawiadomiłem nikogo. Nie było takiej potrzeby, jak myślałem. Na początku ogłuszyłem ochroniarzy. Później dostałem się do środka opuszczonego domu. Znalazłem kilku facetów, którzy przeliczali hajs i dzielili towar. Zachowywałem się cicho i przez swoje skupienie, nie zauważyłem puszki. Oni się zerwali z miejsca, sięgnęli po broń. Wtedy adrenalina wzięła nade mną górę. Dobrze uzbrojony zabiłem dwóch kolesi. Po walce wręcz z dwoma kolejnymi - skręciłem im karki. Został tylko jeden. On był tym bossem. Mierząc mu w skroń, chciałem zebrać wszystkie informacje. Jednak on chciał się mnie pozbyć, pociągnął za spust. Zrobiłem to samo. Padł trupem. Jego kabura była nienaładowana. Właśnie tego dnia, po raz pierwszy zamordowałam pięciu ludzi. Oszołomiony tym faktem zadzwoniłem po Josepha. Pamiętam jak cholernie na mnie wrzeszczał. Zachowałem się nierozważnie.
Na jego ustach gościł krzywy uśmiech. Oczy były pełne smutku. Taki delikatny facet nie powinien nigdy zabijać. Nie jest do tego stworzony.
Nie chciałam przerywać jego opowieści.
- I wiesz co, Lee? Właśnie wtedy zrozumiałem, że nie jestem w stanie sądzić ludzi i wymierzać sprawiedliwości. Ludzi których zabiłem, to byli jeszcze dzieciaki. Może nawet młodsi ode mnie. A zabrałem im cenny dar życia. Do dziś się zastanawiam jak mogłem to zrobić.
- Mike, ale teraz też zdarza Ci się kogoś zabić.
- Tak, ale zapamiętuje każdą twarz. Przez miesiące nęka mnie w koszmarach. Nawet jeśli to są skurwiele bez skrupułów, to czy mogę ich zabijać z uśmiechem?
Spojrzał na mnie wyczekująco. Doskonale wiedziałam, że nie wolno tego robić. Jednak sama pozbawiłam życia setki ludzi. Tylko, że ja w przeciwieństwie do niego - nie miałam nigdy koszmarów. Cierpiałam przez chwilę, ale tłumaczyłam to sobie, że jeśli ja ich bym nie zabiła, oni zabiliby mnie i Alexa, a tego bym nie zniosła.

piątek, 19 maja 2017

Rozdział I

Grudzień. Mieszkanie Shinody.
Siedziałam na fotelu. Gapiłam się beznamiętnie w płomień w kominku. Byłam sama. Moja psychika zaczęła wysiadać. Zapominam. Mam liczne luki w pamięci. 
- Pani Grey, czy mogę pani w czymś pomóc?
- Nie, Saro. 
- Może coś pani zje? Nie tknęła pani ani śniadania, ani obiadu. 
- Nie chce, Saro. 
- Ale...
- Nie! - Wrzasnęłam na niczego winną dziewczynę. Nie chciałam tak reagować. Nie powinnam tak reagować. Ona się stara. Bez niej nie zrobiłabym niczego. - Przepraszam. Chcę zostać sama.
- Dobrze, proszę pani.
Łzy napłynęły mi do oczu. Wszystko się skończyło. Cierpię. Dlaczego mnie nie zabił? Dlaczego mnie uratowali? Powinnam zginąć już dawno temu. Nie byłabym balastem dla innych. Nie byłoby mnie. Po co on się starał?
Schowałam głowę w rękach i zaniosłam się płaczem. 
Każdy dzień wygląda tak samo.
Siedzę i gapię się w ten pieprzony kominek i pragnę, aby ten ogień mnie pochłonął.
Dzwonek do drzwi. Sara poszła otworzyć. 
- Pani Grey, przyszedł pan Chester. 
- Nie chcę nikogo widzieć, Saro. 
- Dobrze, pani Grey.
Sara to przemiła dziewczyna. Skończyła studia artystyczne, ale nie była w stanie znaleźć sobie pracy. Nie wiem gdzie ją spotkał Mike. Nie opowiadał nigdy gdzie ją poznał. Sara była taka dobra. Znosiła moje humory. Pomagała, gdy potrzebowałam jej. Często dotrzymywała mi towarzystwa. Sara jest piękna. Ma rude włosy zawsze związane w warkocz. Kilka piegów. Piękne zielone oczy. Jest raczej drobną kobietką. Zawsze ubrana w żywe kolory. Zazwyczaj chodzi w spodniach i sportowej bluzie. I ma cierpliwość do mnie. Nie szanuję jej. Nie umiem. A ona to nieskalane piękno. Kiedy ze mną rozmawia, to zawsze próbuje podnieść mnie na duchu. Czasami jej nie idzie. Nie lubię jak mnie chwali. Nie lubię, kiedy uważa, że mam wszystko, czego zapragnę. To cholerne kłamstwo!
Nie mam niczego, czego pragnę. Nie mam wolności. Nie mam dzieci. Nie mam szczęścia. A tej wolności już nigdy nie zdobędę. I to jest właśnie sedno mojej goryczy. To coś więcej niż może sobie wyobrazić ktoś, kto jest wolny. 
- Pani Grey? - Podeszła do mnie Sara. 
- Tak? 
- Czy mogłabym dziś wcześniej wyjść?
- Tak. Jeśli chcesz, możesz iść już teraz. Niczego mi nie potrzeba. Zresztą Mike wróci za jakąś godzinę.
- Dziękuję. Jutro zostanę dłużej. 
- Nie trzeba. Dziś chyba przyjeżdża twój ojciec, prawda? 
- Tak. Chciałabym go zobaczyć. 
- Rozumiem. Miłego dnia, Saro.
- Wzajemnie, pani Grey.
Wdzięczne dziewczę uśmiechnęło się do mnie i przytuliło na pożegnanie. Kochana z niej dziewczyna. 
Czasami myślę, że nie poradziłabym sobie bez niej. 
W domu panowała taka cholerna cisza. Tylko moje serce biło miarowo. Moje serce. Cóż za absurd. Moje serce umarło. Bije we mnie jakiś implant, w którym nie ma nic. Nie ma uczuć. Nie ma boga. Nie ma nic! 
Złość ogarnęła mój umysł. Właśnie w takich chwilach nie lubię być sama. Nie potrzebuję towarzystwa, ale nie mogę być sama. 
Rozważałam nad kupieniem kota, ale nie miałabym się nim jak zająć. 
Kot to nie rozwiązanie.
Siedziałam cicho. Słuchałam implantu, które nie biło tak głośno jak kiedyś. Wyobraziłam sobie jak to jest, kiedy uczucia się przez nas przelewają. Jak miłość nas wypełnia. Jak ogarnia mnie euforia. Była cisza. Nie ma miłości. Nie ma radości. Nie ma nic.
Długie minuty mijały. Byłam coraz słabsza psychicznie. 
- Kochanie jestem! Zrobiłem zakupy. Pomyślałem, że w ten sposób odciążę Sarę. Mam nadzieję, że kupiłem wszystko. - Mówił podczas zdejmowania kurtki, butów i odstawiając siatki do kuchni, a później do mnie przyszedł. Nie spojrzałam na niego. Jego radość w oczach działała na mnie dobijająco.
Klęknął obok mojego fotela i położył mi rękę na kolanie, ale szybko ją zabrał. Wie, że tego nie lubię. 
- Co dziś księżniczka robiła?
- To co zawsze. Jestem zmęczona. Chcę się położyć.  - Stałam się zimna w stosunku do niego. Stałam się zimna w stosunku do wszystkich.
- Mam zanieść księżniczkę, czy sama dasz radę? 
- Sama dam radę. - Rzekłam stanowczo, ale to nie koniecznie była prawda.
- Oj daj spokój, nie możesz się przemęczać. 
Nawet nie zauważyłam, kiedy znalazłam się w jego ramionach. 
- Czego nie rozumiesz w sformułowaniu: Sama dam radę?, ty troglodyto.
- Jak ty stwierdzić. Ja troglodyta. Ja nie zrozumieć.
Lubiłam kiedy się wygłupiał. Wtedy młodniał o kilka lat. Ja niestety ciągle go postarzałam przez swoje zachowanie. Nie ma ze mną lekko.
Położył mnie na moim łóżku, a następnie zaczął całować.
- Mike, przestań, proszę. 
Przestał, ale widziałam zawód w jego oczach.
- Mała, co się dzieje? Z każdym dniem mnie coraz bardziej odtrącasz. Jesteś zimna.
- Przepraszam. Po prostu jestem zmęczona. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Wszystko mnie przytłacza. Mogę zostać sama, proszę? 
Powiedziałam bardzo cicho. Nie lubi, kiedy go wypraszam. Nie lubię go wypraszać, ale jeszcze bardziej nie lubię jak widzi mnie w takim stanie. Nienawidzę tego.
Ostatni raz pocałował mnie w czoło, a później bez słowa opuścił pokój.
Przykryłam się ciepłą kołdrą i zaniosłam się cichym szlochem. Codziennie robię to samo. Całe dnie potrafię przeleżeć i płakać. Mija już miesiąc od tego cholernego zdarzenia. Od mojego przebudzenia. A ja czuję się coraz gorzej. Czasami mam wrażenie, że śmierć już na mnie czeka. Pragnie abym zrobiła coś, co mnie z nią połączy. 
Nie potrafię. Nie potrafię ze sobą skończyć. Zgniję w bezruchu. 
Przekręciłam się na bok. Sprawiło mi to tyle trudu. Nadal nie czułam tak jak powinnam. Kiedy tak leżę, nachodzą mnie setki myśli. Implant zaczyna boleć. Duża rana na mojej piersi, którą starałam się usunąć chirurgicznie przypomina mi, że byłam tak blisko śmierci. 
- Pożegnaj się z nim. Więcej się nie zobaczycie.
Ale czy to na pewno była kpina? Widziałam tam żałość? Może nawet odrobinę współczucia. A może nie widziałam nic w jego szmaragdowych, pustych oczach. Chciałam do niego podejść. Chciałam, aby pozwolił opuścić pomieszczenie Mike'owi. Chciałam, żeby Alex sobie tylko żartował. Dlaczego to właśnie ja musiałam podejmować tak trudne decyzje? Gdyby był to ktoś obcy to nie miałabym z tym problemu. Skazałabym go bez mrugnięcia okiem. A teraz? Co on sobie myślał. 
A Mike? Co z nim? Miał równie pusty wzrok. Nie wiem, czy pogodził się ze swoim losem, czy nienawidził mnie za to, że go wskazałam. Przecież to na nim mi bardziej zależało. A teraz, a teraz on zginie za mnie. A może nie zginie. Przecież kula może zmienić trajektorie lotu, jeśli zmieni się jakiś czynnik. Może po prostu trzeba go odepchnąć. Może, może powinnam stanąć przed nim. Kula nie przebije nas oboje. Nie chcę umierać. Boże, proszę! 
- Przepraszam Mike.
Objął mnie wtedy ramieniem. Uśmiechnął się nawet. Czy w ten sposób maskował strach? Nie wierzę, że był taki odważny. Wtedy nie myślałam o niczym. W berka grali miłość i złość. Nie wiem, kto kogo gonił. Zbyt szybko.
Później potoczyło się wszystko bardzo szybko. Trzymałam go za dłoń. Trzymał mnie bardzo mocno, jakby się bał, że ucieknę. Nie miałam zamiaru uciekać. 
Niemiłosierna cisza. Klik spustu. Złota kula pędziła. Czasami wydawało mi się, że ją widzę. Adrenalina zabuzowała. Przeszłam przed niego. Nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Kula weszła w moje ciało. Szok. Osuwałam się powoli. Słyszałam tylko nieme 'Nie' i głośny krzyk Alexa. Upadałam. Słodka krew zaczęła płynąć. Jeszcze czułam. Ból, który przenikał przez moją klatkę był nie do zniesienia. Zemdlałam.
Czy było warto to zrobić? Tak. Uratowałam kogoś, na kim mi zależy. 
Myśli mnie przytłoczyły. Sięgnęłam do szafki nocnej po leki nasenne. Starannie ukryte w szufladce przed Mike'm. Najpierw łyknęłam jedną, ale stwierdziłam, że to za mało. Łyknęłam jeszcze dwie.  Temazepam - genialny lek. 
Schowałam je znów na samo dno szafki. Położyłam się na boku i zamknęłam oczy. Nie wiem ile tak leżałam, zaczęłam powoli zasypiać.
- Lee, zrobiłem kolację. Lee... - Głos był coraz cichszy. Zasnęłam.

czwartek, 18 maja 2017

Niebo a Piekło: Prolog

maj.
Poruszyła palcem. Podobno to dobry znak. Z Nią nigdy nic nie wiadomo. 
czerwiec.
Aparatura szalała. Mówią, że mózg zaczyna obumierać. Nie może jeszcze odejść. 
lipiec.
Stan bez zmian. Może nawet gorszy. Trudno stwierdzić co będzie dalej.
sierpień.
Chcą bym podjął decyzję. Albo odłączą Ją od aparatury i umrze, albo będą dalej Ją sztucznie podtrzymywać przy życiu. To nie ma sensu.
wrzesień.
Wszystko traci sens. Nie przyjmuję tego do wiadomości. Nadzieja umarła.
październik.
Dam Jej ostatnią szansę. Ona jest moją ostatnią szansą. Niech nie zadaje mi już więcej bólu. Wykańczam się tak samo jak Ona.
listopad. 
Staje się zimna. Serce przestaje bić. To jej koniec. Nie przeżyje. Przecież nie musi cierpieć. Śmierć będzie dla Niej dobra. Bóg Ją przyjmie do swojego Królestwa. 

Obudził mnie cholerny ból w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać powietrza. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam.
- Siostro, budzi się! - Słyszałam jakiś głos. Był znajomy.
- Proszę się odsunąć! - Teraz ktoś nieznany zaczął krzyczeć.
Moje receptory rejestrowały ruch, ale i tak byłam za słaba abym mogła się ruszyć. 
- Morfina. - Znów nieznany głos.
Zastrzyk. Ból znikł. Czuję senność.
Otworzyłam leniwie oczy. Uderzył mnie blask lamp. Jednak się nie poddałam.
Spojrzałam dziarsko w bok i zobaczyłam sylwetkę mężczyzny.
Mike. 
Spał spokojnie na fotelu. Wyglądał okropnie.
Czyżby był zmęczony?
Przekręciłam głowę i zobaczyłam przycisk. Zapewne on przywołuje pielęgniarki.
Nacisnęłam. 
W drzwiach pojawiała się młoda kobieta w kitlu. 
- Obudziła się pani. - Kobieta podeszła i zaczęła patrzeć na wszystkie urządzenia, a później na mnie. Zapisała coś w swoim notatniku. 
- Jak się pani czuje? Jeśli coś panią boli, to proszę przytaknąć.
-  Pić. - Wychrypiałam. 
- Już. Siostro, proszę przynieść wodę. - Pielęgniarka, której nie zauważyłam kiwnęła głową i wyszła z sali.
- Ile? - Znów powiedziałam z wielkim trudem. 
- Ponad sześć miesięcy, proszę pani. Jest pani obecnie w Waszyngtonie. Miała pani dużo szczęścia. Wszyscy się martwią o panią pani Grey. 
- Mike? - Próbowałam wskazać na Mike'a, a ona się domyśliła. Pani doktor podeszła do niego i ruszyła jego ramieniem. On bardzo energicznie się zerwał.
- Co się dzieje? - Pytał zdezorientowany, a następnie spojrzał na mnie.
- Lee... - Z prędkością światła ruszył w moją stronę i po chwili byłam już w jego objęciach. A może to tylko moja wyobraźnia?
Jego uścisk był mocny. Nie jestem pewna. Nie czuję. Nic nie czuję!
- Lee, już dobrze. Obudziłaś się. Tyle czekałem. - Szeptał. 
- Przepraszam. - Szepnęłam. A może nie powiedziałam nic. Nie wiem.
Nastała ciemność.

środa, 17 maja 2017

Opowiadanie skończone

Opowiadanie zostało już zakończone. W najbliższych dniach zostanie opublikowane 10 rozdziałów + epilog. 
Pozdrawiam, X

piątek, 10 kwietnia 2015

Krótkie info.

Minął już ponad miesiąc od ostatniego wpisu. Dziś miał być dzień dodania prologu do drugiej części. Jednak to nie nastąpiło i raczej nie nastąpi w najbliższym czasie. I tak właściwie nie wiem co będzie dalej. Sprawy się komplikują coraz bardziej. Przeżywamy wewnętrzne kryzysy, które nas niszczą. Nie chcemy, aby nasza sytuacja wpłynęła na bloga. Po prostu chyba nas to wszystko przerosło. Przepraszam w imieniu swoim, Pani Ciemności i Camilli. 
Być może to ostatni mój wpis na tym blogu. Być może dziś ostatni raz komentuję Wasze opowiadania. Nie wiem co przyniesie mi jutro. 
Bardzo ubolewam nad rozstaniem z Wami, ale tak będzie lepiej. 
Myślę, że należą się wam wyjaśnienia. 
Ostatnio choruję i słabnę. Nie wiem co mi jest, lekarze nie są w stanie postawić diagnozy. Wyjeżdżam do Berlina do kliniki specjalistycznej. Nie jestem pewna, co się będzie działo w najbliższym czasie.
Camilla ma problemy z poruszaniem. Niby było już wszystko prawie dobrze, ale coś jednak poszło nie tak. Martwimy się o nią. Sama traci siłę do walki i rehabilitacji.
Pani Ciemności znów zaczęła popadać w kłopoty. Staje się zamknięta w sobie, a to oznacza, że coś się stało. Mamy z nią kiepski kontakt.
Tak więc, chcę podsumować moją pracę na tym blogu.
1. Jeśli kogoś uraziłam zgryźliwością, to nie dlatego, że coś do Was mam, czy taki miałam kaprys. Po prostu zawsze szczerze wyrażam to co mną targa. Każdy komentarz był szczery. Wszystko płynęło z mojego serca. Przepraszam, jeśli przeze mnie się denerwowaliście lub coś w ten deseń.
2. Dziękuję, że byliście z nami, kiedy było trudno i nie dawałyśmy sobie rady. Dobrze wiedzieć, że wśród bloggerów mamy wsparcie.
3. Praca z Wami była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem, myślę, że dla dziewczyn również. Poznałam (a przynajmniej tak myślę) odrobinę każdego z Was. Z każdym odczuwam jakąś więź, chociaż Was nie znam osobiście. 
4. To serce, które włożyłam w pisanie tego opowiadania, czy poprzedniego było i jest oddane Wam.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła przeczytać Waszą twórczość. 
Pozdrawiam i życzę dużo weny,
Lilith.

"Jeśli to me ostatnie słowa
szukam weny płynącej spod serca
skoro jutro zasnę niemy dziś pogrzebie w sentymentach
jak zapiski w testamentach odtajnione w gronie paru
to tylko dla twych uszu powierniku mego żalu.
Wspólniku moich inicjałów przyjaźń ponad wszystko
kiedy mi zgasło słońce byłeś pośród mroku iskrą
dzięki Ci bracie, już wiem kto to prawdziwy przyjaciel"

niedziela, 8 marca 2015

Coś...

Właśnie wróciłam do domu. 
Dziewczyny czują się lepiej.
Camilla postanowiła wrócić do pisania ^^.
Co jeszcze?
Za jakiś czas pojawimy się z zapowiedzią PROLOGU !

Pozdrawiam,
Lilith.


____
PS. Od środy obiecuję zabrać się za czytanie Waszych opowiadań :D.